7 kolorów tęczy

O książce:

W 2008 roku Gaja Kołodziej zajęła 1. miejsce w konkursie literackim zorganizowanym przez fundację VADE-MECUM, pod patronatem Wydawnictwa „MAGIA SŁÓW”. Opowiadanie „Moje jedyne marzenie” wraz z pozostałymi nagrodzonymi pracami zostało opublikowane w zbiorze zatytułowanym „7 kolorów tęczy”.

Szczegóły:

ISBN: 10-83-923909-9-7
Wydawnictwo: Magia słów
Rok wydania: 2009
Oprawa: miękka

Gaja Kołodziej „Moje jedyne marzenie”

Chyba zawsze słyszałam zew gór. Rozbrzmiewał on w moim sercu zawsze, gdy tylko miałam wolną chwilę. Nie raz siadałam na parapecie w oknie i pozwalałam by ta pieśń niosła moją duszę świetlistym lotem ponad ziemią aż na szczyty Karpat. Właśnie tam się urodziłam i podobno nie pamiętam bo byłam zbyt mała znalazł mnie przewodnik wysokogórski. Leżałam pod jednym z drzew zawinięta w niebieską, ortalionową kurtkę. Niestety nie wiem w którym miejscu dokładnie, ponieważ Karpaty mają około tysiąca czterystu kilometrów długości. Zawsze zakładałam, że to było w okolicach „Siklawy”, bo ta nazwa wywołuje we mnie przyjemne dreszcze za każdym razem gdy ją wymawiam. Podobno nie płakałam. To akurat mnie nie dziwi, bo ja nigdy nie płaczę. Nawet, gdy pieśń gór wchodzi na tony, które delikatnie trącają melancholijną stronę mojej osobowości. Gdy byłam małą dziewczynką strasznie się dziwiłam, że tylko ja ją słyszę. Starałam się zaśpiewać tą melodię koleżankom, ale jakość nigdy nie udało mi się poprawnie jej odtworzyć. Musiało minąć kilka lat żebym zrozumiała, że to nie pieśń gór unosi się w powietrzu i wpada mi do uszu, ale to ja sama daję wyraz głęboko ukrytej we mnie tęsknocie za tymi lasami mieniącymi się tysiącem odcieni zieleni, kwiatami wszystkich kolorów tęczy pokrywającymi łąki, na których pasą się owce i barany. Ale i tak zawsze najbardziej fascynowały mnie szczyty. Te strzeliste łańcuchy górskie tak dumnie górujące nad resztą Polski. Czasem wystarczyło, żebym na chwilę zamknęła oczy i w jednej chwili czułam wiatr na policzkach. Boże, jak ja marzyłam, żeby choć przez chwilę odetchnąć czystym karpackim powietrzem! Tyle razy śniłam, że leżę na łące pełnej bajkowo fioletowych krokusów. Z tych snów nigdy nie chciałam się budzić. Na tej łące mogłam robić wszytko, na co mi przyszła ochota. Biegałam na boso, a moje stopy zapadały się w gęstą, soczysto zieloną trawę. Śmiałam się całą sobą gdy moczyłam palce w kryształowo przejrzystej toni Czarnego Stawu. Znałam dokładnie każdy kąt Doliny Roztoki. A gdy nastała zima bawiłam się jeszcze lepiej. Strząsałam krystalicznie czysty śnieg z gałązek sosen. Podpatrywałam, jak ptaki zostawiają maleńkie ślady i sama pragnęłam poruszać się z taką gracją jak one. Nigdy w tych marzeniach sennych nie przeszkadzało mi, że widziałam te miejsca jedynie na zdjęciach w książce. Świetnie wiedziałam jaki co ma zapach oraz jaka atmosfera panuje na Giewoncie. Skąd to wiedziałam? Nie wiem. Może to tylko moja wyobraźnia połączona ze strzępami wspomnień. Lecz to było wszystko co miałam. Każde dziecko w podwarszawskim Domu Dziecka właśnie wspomnienia traktuje jak skarb i strzeże ich jak drobnych brylantów, żyjąc ze strachem, że może z czasem je pogubić. Dla mnie tym klejnotem były Karpaty, mimo że nie odwiedziłam ich od czasu narodzin. Raz miałam okazję tam wrócić. Dom Dziecka zorganizował nam dwudniową wycieczkę w Tatry. Jak ja się cieszyłam! Myślałam, że umrę ze szczęścia. Byłam taka podekscytowana, że przez cały tydzień poprzedzający wyjazd nie dbałam o nic innego i w przeddzień wyjazdu rozchorowałam się na ospę wietrzną, którą zaraziła mnie moja najlepsza przyjaciółka. Oczywiście to nie jej wina. To ja biegałam jak szalona i co chwilę wpadałam do niej powiedzieć jak się cieszę i co będziemy zwiedzać. Gdy przełożona orzekła, że nigdzie nie pojadę, bo jestem zbyt chora, byłam pewna, że serce pęknie mi z bólu. To był bez wątpienia najgorszy dzień w moim życiu. Wstałam z łóżka, żeby zobaczyć jak roześmiane dzieciaki zajmują miejsca w autokarze. Czy to była zazdrość? Tak, częściowo. Lecz w największej mierze pochłonęła mnie złość. Ta wycieczka była dla mnie! Marzyłam o niej przez tyle lat i gdy wreszcie nadeszła nie mogłam wziąć w niej udziału. W tamtym momencie bałam się sama siebie. Miałam przemożną ochotę bicia pięściami w szybę. Chciałam wrzeszczeć, żeby przełożyli wyjazd i poczekali aż ja wyzdrowieje, ale nie wydałam z siebie ani jednego dźwięku, ani nie wykonałam żadnego ruchu. Siedziałam sztywno wyprostowana wpatrzona w oddalający się autokar. Nie wiem ile czasu spędziłam w tej pozycji. Nastał wieczór, a ja wciąż nie mogłam pogodzić się ze stratą. Utraciłam szansę przekonania się na własne oczy jak naprawdę wyglądają Karpaty. Nienawidziłam wtedy siebie i choroby, która specjalnie mnie wybrała z pośród innych. Nawet chciałam zapłakać nad swoim losem, ale nie potrafiłam. Cisza była moją jedyną pocieszycielką. Cisza, za którą tak tęskniłam pośród gwarów i śmiechów bawiących się dzieci. To ona przyniosła mi ukojenie w postaci pieśni gór. Dźwięki złożoną strukturą wypełniły mnie aż po palce u stup. Melodia świetnie mi znana, mimo że za każdym razem inna wyciągnęła mnie z ciemności i wyzbyła nienawiści. Melodia z początku melancholijna szybko zmieniała barwy jak feniks, który powstaje z płomieni. Ulatując wdzięcznie do góry niosła ze sobą ulgę na moją wymęczoną duszę oraz nadzieję na lepsze jutro. Przez kolejne dwa dni mój nastrój można było delikatnie nazwać żałobnym, a dusza zapadała w hibernację, ale gdy ten okres minął znowu byłam sobą i z niekończącą się ciekawością wypytywałam każdego uczestnika o każde, choćby najmniejsze wspomnienie, traktując je potem jak własne. Mój własny, wykreowany wygląd Karpat ewoluował i przybrał postać bardziej rzeczywistą. Przestał być utopią, a stał się realną krainą tętniącą prawdziwym życiem.

Minęło kolejnych kilka lat. Zbliżał się nieunikniony czas, w którym miałam być uznana przez państwo za osobę pełnoprawną. Każde dziecko dojrzewa, a wraz z nim jego poglądy, lecz u mnie jedna rzecz pozostawała niezmienna moja miłość do Karpat. Mazowsze nigdy nie było ani nie będzie moim domem. Nie czułam się tu szczęśliwa. Nad moim łóżkiem wisiały zdjęcia gór i zawsze, gdy czułam się z jakiegoś powodu przygnębiona wpatrywałam się w nie. Nie wiem w jaki sposób, ale pomagały mi.

Moje przyszłe życie nie mogło istnieć bez Karpat, więc gdy w szkole nauczycielka zapytała się mnie, co zamierzam robić w przyszłości, odpowiedziałam bez zastanowienia:-

– Zostanę przewodnikiem tatrzańskim.

Ten zawód zawsze mnie prześladował i nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam uważać go za swoją drogę życiową. Nawet się nie zdziwiłam, gdy wtedy po raz pierwszy wypowiedziałam to nagłos.

– Przecież ty nigdy nie byłaś w górach!?

Nie wiem dlaczego ją to tak zdziwiło. Nie rozumiałam co ma jedno do drugiego. Nie musiałam być z Karpatach by je po prostu kochać. Kiedyś przeczytałam, że miłość nie zna granic i nie ukrywam, że w moim przypadku spełnia się to w stu procentach. Mimo upływu lat moim największym marzeniem była wycieczka w góry.

Był początek maja, gdy do moich uszu doszła nadspodziewanie dobra nowina. Otóż, podobno jakaś fundacja organizowała tygodniowy wyjazd pod piękną nazwą „Ścieżkami Karpat” i mają wolne miejsce dla trzech osób. Wraz z tą wiadomością puls podskoczył mi do szybkości zagrażającej życiu. Godzinę później otrzymaliśmy oficjalne zawiadomienie, że taka wycieczka rzeczywiście będzie miała miejsce, a te trzy osoby zostaną specjalnie wybrane. Nie zdziwiłam się, gdy jako pierwsza została wybrana Mariola, która dostała się do drugiego etapu olimpiady geograficznej. Drugą osobą był Janek, który przez cały rok nie opuścił ani jednego dnia w szkole, ale trzecie miejsce nadal było wolne! Następnego ranka znalazłam ogłoszenie na korytarzu informujące o konkursie, w którym nagrodą był wyjazd z góry. Reguły były następujące: trzeba oddać do końca tygodnia wypracowanie, w którym ochotnik napisze dlaczego to właśnie on powinien pojechać.

Jeszcze tego samego dnia napisałam odpowiednią pracę. Oto jej fragment:

„Karpaty to błyszczące, stalowe łańcuchy przecinające jasne niebo, połączone są z indywidualnymi szczytami, pokrytymi delikatnym puchem śniegu – Tatry. To także zgrabne pagórki ozdobione trawą mieniącą się w słońcu, pośród których przebłyskują krople tańczącego Dunajca – Pieniny. To również lasy mieszane otaczające wejścia do zachwycających kotlin Beskidy. Karpackie parki narodowe należą do najstarszych i najpiękniejszych w Polsce. Lecz Karpaty to nie tylko przyroda to równocześnie zabytkowy Nowy Sącz, malowniczy Sanok i kolebka światowego przemysłu naftowego Krosno. Nie wolno zapomnieć o Wieliczce. Według Michała Rusinka urok wycieczki do jej podziemi należy do najtrwalszych wspomnień. To wszystko i jeszcze więcej chciałabym zobaczyć na własne oczy. Książki nigdy nie zastąpią prawdziwej przyjemności zwiedzania. Pragnę poznać nieznane i posłuchać gwary góralskiej, o której tak wiele słyszałam. Jest to moje jedyne i najważniejsze marzenie.”

Pisząc tą pracę starałam się wlać w nią moje serce i uczucia, które nim targały. Przepełniała mnie smutna świadomość, że prawdopodobnie jest to moja jedyna szansa na powrót do miejsca narodzin. Możliwe, że nigdy nie dotrę do miejsca, skąd pochodzą moje korzenie. Zakładałam, że stamtąd wywodzili się moi rodzice. Lecz nieuchronnie zbliżał się dzień osiemnastych urodzin. Będę musiała oprzeć się na sobie i jakoś poradzić sobie w przyszłym życiu. Pragnęłam je rozpocząć gdzieś w Karpatach, ale kto wie, co się wydarzy. Może nigdy nie uda mi się tego dokonać. Ten wyjazd był dla mnie światłem pośród ciemności, statkiem nadziei pośród morza zwątpienia.

Następny tydzień spędziłam w ciągłym stresie. Ze zdenerwowania mało jadłam i niewiele spałam. Żołądek niebezpiecznie mi się skręcał, a ja cały czas miałam przed oczami swoją pracę. Dlaczego ją tak szybko oddałam? Mogłam ją dopracować przez kilka kolejnych dni, a nie pisać pod wpływem chwili! Spoglądałam podejrzliwie na wciąż rosnący stos wypracowań na biurku w sekretariacie. Niektóre były pisane różnokolorowymi długopisami, a do innych dołączone były rysunki. Jedna z prac była napisana wierszem! Jakże ja mogę konkurować z tak pomysłowymi ludźmi!?

Słyszałam jak dziewczyny szeptają między sobą, rozważając kto wygra. Zatykałam dłońmi uszy i starałam się nie zwracać uwagi na te szmery. Wolałam nie wiedzieć, kto według nich zasługuje na ten wyjazd. Nie byłam jeszcze gotowa psychicznie na porażkę. Nadzieja jest matką głupich i tylko ona w tych dniach sprawiła, że nie zwariowałam, choć byłam bliska szaleństwu.

Gdy wreszcie nadszedł dzień ogłoszenia wyników konkursu, moje serce biło dziwnym, nieznanym mi wcześniej rytmem. Ręce miałam cały czas spocone, mimo że kilka razy je myłam. Nie zjadłam śniadania nie byłam w stanie. Po całym tygodniu stresu i niepewności, byłam u kresu wytrzymałości. Patrzyłam tępo na zegar, słuchając powolnego mijania sekund. Wskazówka z minuty na minutę poruszała się coraz wolniej. Nie mogłam usiedzieć, więc chodziłam po pokoju. Od wpół do piątej byłam bliska walenia głową w ścianę. Co zrobię jak nie wygram? Co będzie, jeśli los po raz drugi postąpi ze mną okrutnie? Czy moja cicha modlitwa wystarczy, aby pokonać tylu konkurentów? Czy była jakakolwiek inna osoba, która pragnęła zwiedzić Karpaty w równym stopniu jak ja? Nie wiedziałam. Wydawało mi się, że reszta traktuje ten wyjazd jak zwykłą wycieczkę, ale może się myliłam?

Gdy wybiła za kwadrans piąta, nie wiedziałam już co myśleć. Czułam się jak roślina wyzbyta całkowicie z emocji. Nawet cicha, delikatna pieśń gór rozbrzmiewająca we mnie, nie przynosiła mi ukojenia. Ważył się mój los, a ja nie wiedziałam co zrobię, jeśli nie wygram. Nie miałam pojęcia, jak się wtedy zachowam. Czy będę w stanie pogratulować zwycięzcy? Czy raczej ucieknę do pokoju i pogrążę się w szarej otchłani żalu.

Za pięć piąta poszłam do sekretariatu. Nogi tak się pode mną uginały, jakby były z gumy. Mimo to jakoś doszłam i stanęłam w tłumie ludzi, czekających na ogłoszenie wyników. Po chwili poczułam, że ręce mi drżą z przejęcia. Odruchowo wstrzymałam oddech, gdy sekretarka wywieszała kartkę na tablicy ogłoszeń. Po mojej głowie krążyła myśl „to nie ty” i mimo, że starałam się ją odgonić, wracała jak bumerang i straszyła mnie znowu.

Zamknęłam oczy. „Błagam Boże… spraw cud by moje serce nie rozpadło się na kawałki…”. Nie miałam siły przedzierać się przez tłum otaczający listę zwartym kołem. Stres ubiegłych dni wykończył mnie i chciałam… pragnęłam aby to wszystko wreszcie się skończyło. Poddałam się nie byłam w stanie dalej walczyć. To wszystko było bez sensu, ten cały wyścig szczurów tylko rozdygotał mnie wewnętrznie. Byłam tak strasznie zmęczona. Na uginających się nogach podeszłam do najbliższego krzesła, stojącego naprzeciw tablicy ogłoszeń. Nie byłam wystarczająco silna aby zmierzyć się z rzeczywistością i spojrzeć na listę zwycięzców. Objęłam rękami głowę i starałam się nie słyszeć ani melodii gór ani szemrania tłumu. Ale mimo moich starań kilka słów dotarło do mojej świadomości, pogrążonej w cichej rozpaczy głęboko wewnątrz mnie samej.

– Co jej jest? Źle się czuje?

– Dziwisz się? Ja bym chyba zemdlała ze szczęścia, gdybym tyle lat czekała na taką okazję i wreszcie udałoby mi się spełnić marzenia.

– Jej największe marzenie, co? Eh, zazdroszczę jej – świat się do niej uśmiechnął.

Otworzyłam oczy. Jak to możliwe? Wygrałam? Nie wiem jak zdołałam podejść do listy i ustać tam, podczas gdy nieprzytomnie wpatrywałam się w moje nazwisko, wydrukowane na kartce czarnym atramentem tuż pod napisem „Zwycięzcą zostaje:”. Nie wiem ile czasu zajęło mi otrząsanie się z tej półhibernacji. Czułam poklepywania po plecach i słyszałam mnóstwo gratulacji, ale nie docierały one do mnie. Oprzytomniałam, gdy nikogo już koło mnie nie było. „A więc jednak…” pomyślałam „Dzięki… Boże”.

Zasnęłam. Nie wiem jak mogłam to zrobić! Co prawda byłam mocno niewyspana po nocy, podczas której nie mogłam zmrużyć oka, ale przez dwie i pół godziny jazdy autokarem trzymałam się świetnie. Ani na moment nie odrywałam wzroku od horyzontu za oknem i nawet nie wiem w którym momencie dokładnie zasnęłam. Śniłam o tym co zawsze byłam na polanie usłanej krokusami, słońce paliło mnie w policzki, a ja leżąc na plecach liczyłam chmury mijające ostro zakończone szczyty Tatr. Nagle otaczająca mnie muzyka zmieniła tonację. Pierwszy raz w życiu przemówiły do mnie góry. Powiedziały najpiękniejszą rzecz, jaką w życiu słyszałam. Swoimi szumiejącymi, cichymi głosami wyszeptały „Witaj w domu”.

W jednej chwili się obudziłam. Aż podskoczyłam na fotelu widząc krajobraz za oknem. Łzy napełniły moje oczy i chociaż bardzo starałam się je zahamować delikatnie spadały z moich policzków na spodnie. Chmury odsłoniły słońce, które w ułamku sekundy rozświetliło okolicę, czyniąc ją podobną do skarbu tysiące barw zamigotało i mogłam przysiąc, że widziałam szmaragdy, rubiny, szafiry, topazy, a może nawet kilka ametystów. Świeży oddech wiatru wdarł się przez szparę okna i osuszył mi policzki. Czy to uczucie, które wypełniło mnie aż po brzegi paznokci to szczęście? Ta jego dziwna odmiana, zwana przez wielu bezgranicznym? Widoki za oknem autokaru przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Były sto razy lepsze niż zdjęcia profesjonalistów były prawdziwe. Starałam się nie mrugać, aby nie tracić niepotrzebnie chwili. To było po prostu… niesamowite. Moje największe, wręcz życiowe marzenie wreszcie się spełniło!

Hotel, w którym mieliśmy zatrzymać się przez dwa kolejne dni mieścił się w Murzasichlu. Gdy autokar zatrzymał się, ustawiłam się wraz z innymi w kolejce do wyjścia. Kiedy zeskoczyłam z ostatniego stopnia na ziemię, nogi się pode mną ugięły. Ten zapach, widok, smak czego można pragnąć od życie więcej? Poczułam, że w końcu po latach tułaczki wróciłam do domu.